Dwie dekady zmian

13/5/2013

Od pierwszej edycji Pięćsetki (1993 r.) polska gospodarka stała się znacznie bardziej prywatna, dochodowa i efektywna, a miejsce przemysłu ciężkiego zajął handel. Jednak na szczycie naszego rankingu nie zmieniło się wiele, bo państwo zazdrośnie strzeże kontroli nad paliwowymi i energetycznymi gigantami.

Kto spojrzy na pierwszą Listę 500 POLITYKI podsumowującą 1993 r., ten natrafi na wiele już tylko historycznych nazw. Niekwestionowanym liderem tego zestawienia była wówczas Centrala Produktów Naftowych z siedzibą w Warszawie. Mogła pochwalić się przychodem w imponującej wysokości 82 bln starych złotych (pierwsze Pięćsetki zostały sporządzone jeszcze przed denominacją). To 8,2 mld nowych złotych – dzisiaj taka kwota przychodów nie wystarczyłaby na znalezienie się w pierwszej dwudziestce.

CPN, kojarzony z tysiącami stacji benzynowych, przewodził Liście 500 do 1996 r., ale jego zmierzch nie oznaczał wcale kresu panowania branży paliwowej w rankingu. Palmę pierwszeństwa przejęła po nim firma obecna w czołówce Listy od samego początku, choć pod bardzo różnymi nazwami. Najpierw działała jako Mazowieckie Zakłady Rafineryjne i Petrochemiczne, potem jako Petrochemia SA, a po fuzji z CPN stała się Polskim Koncernem Naftowym Orlen.

To właśnie ten gigant lideruje Pięćsetce nieprzerwanie od 1999 r. i nic nie wskazuje na to, żeby komukolwiek szybko udało się go strącić ze szczytu. Tylko jeden jedyny raz w historii naszego rankingu spółce spoza branży paliwowej udało się zająć pierwsze miejsce. Było to w 1998 r., gdy największe przychody wykazały Polskie Sieci Elektroenergetyczne. Wykorzystały moment przekształceń w sektorze paliwowym, ale już nigdy więcej tej zdobyczy nie powtórzyły. Jednak PSE, występujące od 2007 r. jako Polska Grupa Energetyczna, mogą zdobyć nagrodę w innej kategorii. To najbardziej stabilny gigant w historii Listy 500, obecny od samego początku w pierwszej trójce! Inną potęgą, prawie zawsze lokującą się w czołowej dziesiątce, jest Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, zazwyczaj w okolicach 3–5 miejsca.

Gwiazdy dawne i nowe

Porównanie kolejnych edycji Pięćsetki pozwala znaleźć też potentatów, którym wiedzie się coraz lepiej, i innych, którzy coraz wyraźniej przegrywają. Wśród tych pierwszych na szczególną uwagę zasługuje Lotos, powstały na bazie Rafinerii Gdańskiej. Była ona na dziesiątym miejscu pierwszego zestawienia. Potem na chwilę wypadła z czołówki, jednak wróciła do niej w 1999 r. i od tego czasu nieustannie pięła się w górę, przez ostatnie dziesięć lat już jako Lotos. W 2011 r. awansował on na drugie miejsce, ustępując tylko Orlenowi. Chociaż wielokrotnie mówiło się o połączeniu tych dwóch paliwowych gigantów, Lotosowi udało się zachować niezależność. – Dziś dysponujemy jedną z najnowocześniejszych rafinerii w Europie, mamy stabilną pozycję rynkową i sytuację finansową. Stale rozwijamy również działalność poszukiwawczo-wydobywczą, która jest naszym wkładem w bezpieczeństwo energetyczne Polski – mówi Paweł Olechnowicz, prezes koncernu od 2002 r. Taka stabilność na kierowniczych stanowiskach na pewno też pomaga w rozwoju. Wiele innych spółek kontrolowanych przez Skarb Państwa o podobnej ciągłości kadr może tylko pomarzyć.

Historia sukcesu to także historia KGHM. Ten miedziowy koncern balansował przez długi czas na granicy pierwszej dziesiątki naszego rankingu. Od 2006 r. jest w niej nieprzerwanie. Co więcej, KGHM od kilku lat to lider zysków polskiej gospodarki dzięki wysokim cenom surowców, zwłaszcza miedzi. Jego imponujące zarobki rzecz jasna zwróciły uwagę Skarbu Państwa, który nie chce się już zadowalać tylko dywidendą. Żeby wspomóc budżet, wprowadził specjalny podatek od kopalin, który teraz uszczupla nadal sowite zyski olbrzyma z Lubina.

Raz lepiej, a raz gorzej wiedzie się Fiatowi Auto Poland, jednemu z dinozaurów Listy 500, obecnemu w czołówce od samego początku. Jego sytuacja jako eksportera uzależniona jest od popytu na samochody na rynkach europejskich. W 2009 r. polska filia Fiata znalazła się na trzecim miejscu rankingu POLITYKI, gdy wiele państw wspierało obywateli chcących kupić nowy, najlepiej kompaktowy pojazd. Teraz, z powodu załamania sprzedaży samochodów w Europie, także Fiat przeżywa gorsze chwile, co widać również na Liście 500.

Do potęg w historii naszego zestawienia należy też Telekomunikacja Polska, chociaż ona, w przeciwieństwie do KGHM czy Lotosu, jest przykładem przedsiębiorstwa słabnącego w rankingu. TP SA dziś zamyka pierwszą dziesiątkę, a przez pewien czas zajmowała nawet drugie miejsce, ustępując pod względem przychodów tylko Orlenowi. Nic dziwnego, że przez lata była perłą w koronie spółek Skarbu Państwa, a jej sprzedaż France Telecom budziła kontrowersje. Telekomunikacja Polska, od 2012 r. występująca już jako Grupa Orange, najlepsze lata ma raczej za sobą. Od 2007 r. powoli, lecz systematycznie spada na Liście 500.

Aby dopełnić historię wzlotów i upadków w ścisłej czołówce, potrzeba jeszcze firmy, z którą zmieniająca się polska gospodarka obeszła się wyjątkowo brutalnie. Idealnym kandydatem do tytułu największego pechowca są Polskie Koleje Państwowe. Chociaż dzisiaj wydaje się to nieprawdopodobne, aż do 2001 r. zajmowały nieprzerwanie czwarte miejsce w rankingu największych polskich firm. Z czołówki wypadły dopiero po przymusowym podziale na szereg spółek, gdy przestały podawać wyniki wspólne dla całej grupy. Podczas gdy odpowiedniki PKP w Niemczech, Francji czy Włoszech wciąż należą do lokalnych gigantów, nasze koleje po rozdrobnieniu przestały się liczyć w walce o wysokie miejsca w Pięćsetce.

Pierwsze edycje Listy 500 pokazywały naszą gospodarkę u progu transformacji. W 1994 r. aż 85 proc. firm z pierwszej setki należało do Skarbu Państwa. Z czasem ten wskaźnik zaczął maleć, a w ostatnich rankingach takich spółek w gronie stu największych jest ok. 1/4. Stopniowa prywatyzacja, odbywająca się zresztą w różnym tempie i w aurze nieustannych kontrowersji politycznych, na pewno trwale zmieniła charakter naszej gospodarki. Jednak wciąż rola państwa w firmach z czołówki Listy POLITYKI jest bardzo duża. Dzieje się tak zwłaszcza w przypadku gigantów, które zostały co prawda sprywatyzowane, ale tylko częściowo.

 

Państwowe zarabia czy traci?

Państwo zazdrośnie strzeże pakietów kontrolnych akcji, dzięki którym może decydować o kierunkach rozwoju PKN Orlen, Lotosu czy KGHM. Wciąż przed pełną prywatyzacją są tuzy sektora energetycznego, jak Tauron, Enea czy Energa oraz konglomeraty węglowe. Państwo nie zamierza pozbywać się spółek uznanych za strategiczne, jak np. Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Spośród firm ścisłej czołówki w pełni sprywatyzowano tylko Telekomunikację Polską.

Czy Skarb Państwa, który jeszcze długo będzie ważnym właścicielem w Polsce, jest dobrym zarządcą? To trudne pytanie, bo w gronie firm określanych potocznie jako państwowe można znaleźć różne przykłady. Część narodowych czempionów, jak koncerny paliwowe czy energetyczne, ma ogromne zyski, ale często wynikają one nie tyle z dobrego zarządzania, co z dominującej pozycji na rynku i braku realnej konkurencji. Dotyczy to zwłaszcza prądu i gazu, które jako klienci zmuszeni jesteśmy kupować po zawyżonych cenach. Pod tym względem niewiele się przez te 20 lat zmieniło.

Na ten problem narzekaliśmy od samego początku Listy 500, komentując choćby znakomite przez lata wyniki Telekomunikacji Polskiej. Dziś spółka ma poważne kłopoty na szybko zmieniającym się rynku. Warto zatem przypomnieć, że w latach 90. ubiegłego wieku była ona superbogata, często też zajmowała pozycję najbardziej zyskownego polskiego przedsiębiorstwa. Działo się tak jednak z powodu horrendalnie drogich połączeń, na które skazani byli wszyscy chcący korzystać z telefonu. Przełamanie monopolu Telekomunikacji Polskiej udało się przede wszystkim za sprawą zupełnie nowej technologii – telefonii komórkowej. Do czołówki Listy w drugiej połowie lat 90. weszły Polska Telefonia Cyfrowa i Polkomtel, a w ostatnim czasie mozolnie w górę pnie się P4, właściciel najmłodszej sieci – Play.

Klasą dla siebie są od lat Lasy Państwowe, którym prywatyzacja na pewno nie grozi. Dla nich czas stanął w miejscu. Od samego początku plasują się w okolicach końca drugiej dziesiątki Listy 500, korzystając z niesłabnącego popytu na drewno. To spółka mocno kojarzona z PSL, które stara się zapewnić jej jak największy spokój, podkreślając, że Lasy zarządzają naszym najcenniejszym dobrem narodowym. Lasy Państwowe na swoją obronę mają znakomite wyniki finansowe, bo corocznie przynoszą kilkaset milionów złotych zysku.

Są jednak i takie wciąż państwowe spółki, które należą do liderów strat. W tym miejscu warto po raz kolejny wspomnieć o ponurej historii kolei. Póki istniała jednolita spółka, PKP zatrważały swoim wynikiem finansowym. Teraz sytuacja firm zarządzających podzieloną koleją jest różna. Jednak spółki najważniejsze z punktu widzenia pasażera, czyli PKP Intercity i Przewozy Regionalne, nadal nie wyszły na prostą. Ta druga prawdopodobnie wkrótce przestanie istnieć, rozparcelowana między województwa.

Do grona firm, które w ciągu ostatnich dwudziestu lat poniosły duże finansowe porażki, należy oczywiście także Lot, który w 2012 r. stracił ponad 150 mln zł, a pod względem przychodów był dopiero 80 firmą w Polsce. Tymczasem w pierwszej edycji Pięćsetki zajmował 33 miejsce i wykazywał niewielki zysk. Oczywiście dramatyczny upadek Polskich Linii Lotniczych nie wynikał wyłącznie z ich własnościowego statusu. Brak sensownej strategii, fatalne błędy w zarządzaniu, nieudana fuzja ze szwajcarskimi liniami Swiss Air i tolerowanie przerostów w zatrudnieniu to tylko część grzechów, które w tym przedsiębiorstwie popełniono. Teraz trwa właśnie bodaj ostatnia próba uratowania Lotu przed bankructwem.

Wśród państwowych molochów znanych z fatalnego zarządzania jest też Telewizja Polska. Co ciekawe, w pierwszych edycjach Pięćsetki także ona, dzięki dominującej pozycji na rynku i stabilnym jeszcze wpływom z abonamentu, miała znakomite wyniki finansowe. Lokowała się wówczas w czwartej dziesiątce największych polskich firm, a zysk TVP w 1994 r. wyniósł ponad 2 bln zł (200 mln po denominacji). To mniej więcej poziom ubiegłorocznych strat. TVP za 2012 r. danych nie podała, ale już wcześniej zdążyła wypaść z pierwszej setki naszego zestawienia.

Lepiej przez lata radziła sobie Poczta Polska, która wciąż przynosi zyski, choć nadal jest przed restrukturyzacją, a niedawne pełne otwarcie rynku na pewno jej tego zadania nie ułatwi. W przypadku Poczty nie można mówić o upadku, a raczej o słabnącej dynamice rozwoju. Dawny monopolista zaczynał swój pobyt na Liście 500 na 15 miejscu, a w latach 2001–02 dostał się nawet do pierwszej dziesiątki. Jednak od tego czasu systematycznie spada, a przychody za 2011 r. wystarczyły już tylko na 31 lokatę.

Gospodarka mniej ciężka

Porównywanie Pięćsetek z sąsiednich lat nie pozwala na zbyt daleko idące wnioski, bo gospodarka zmienia się powoli. Jednak materiał analityczny z obu dekad obejmuje na tyle długi okres, że można już dostrzec różne trendy. Widać, jak w naszej gospodarce malało znaczenie przemysłu, zwłaszcza ciężkiego, a rosło handlu i usług.

W początkowych edycjach Listy 500 dominacja sektora przemysłowego była ogromna. W 1993 r. zajmował on ponad połowę pierwszej pięćdziesiątki, a w tej grupie zdecydowanie dominowały spółki węglowe. Był to czas jeszcze przed głębokimi przemianami branży wydobywczej i jej konsolidacją. Z czasem górnictwo, zwłaszcza węgla kamiennego, zaczęło tracić na znaczeniu, chociaż dwóch największych graczy wciąż zajmuje ważne miejsca w naszym rankingu. Są to Kompania Węglowa i Jastrzębska Spółka Węglowa, obie w drugiej dziesiątce. Żadna inna spółka zajmująca się wydobyciem węgla nie mieści się już wśród pięćdziesięciu największych polskich firm. Także branża chemiczna z upływem lat traciła na znaczeniu. Ciech w pierwszej edycji Listy 500 był na czwartym miejscu, a dziś balansuje w okolicach pięćdziesiątego. W sektorze hutniczym w czołówce bywa tylko ArcelorMittal, ale nie każdego roku, bo nie zawsze chce podać swoje wyniki.

 

Gdy jedni tracą, inni zyskują. Powolnemu zmierzchowi przemysłu ciężkiego towarzyszył wzrost handlu, zwłaszcza detalicznego. Początek lat 90. to okres jeszcze bez hipermarketów, gdy królują bazary, szybko powstają tysiące sklepów osiedlowych, ale o dyskontach w Polsce nikomu się nawet nie śni. Im bardziej handel zaczął się konsolidować i przenosić do dużych sklepów, tym szybciej w górę rankingu POLITYKI pięły się różne sieci.

Jako pierwsze w czołówce pojawiły się hurtownie Makro. Z czasem przekształciły się one na Liście 500 w Grupę Metro, bo do Polski weszły kolejne marki tego niemieckiego giganta. Przez długi czas to właśnie Metro było królem polskiego handlu, zajmując w pierwszej połowie poprzedniej dekady nawet czwarte miejsce w naszym rankingu. Jednak od kilku lat Metro powoli traci na znaczeniu, a po pozbyciu się sklepów Real zapewne wypadnie z pierwszej dziesiątki. Poza Metrem na Liście 500 od dłuższego czasu w czołówce są takie sieci, jak Carrefour, Auchan czy grupa Eurocash. Jednak najbardziej spektakularna kariera w tej branży należy do kogoś innego.

Firma o słabo znanej Polakom nazwie Jeronimo Martins weszła do pierwszej dziesiątki rankingu dopiero w 2008 r., ale szybko zajęła czwartą pozycję na liście największych polskich przedsiębiorstw. Właściciel sklepów Biedronka, których jest już ponad dwa tysiące, postawił na praktycznie nieznany na naszym rynku format dyskontu. Na tym jednak nie poprzestał, bo aby dalej się rozwijać, zaczął dostosowywać swoje sklepy do oczekiwań klientów. – To pod ich wpływem postanowiliśmy stopniowo rozszerzać gamę świeżych produktów, w tym warzyw i owoców, a także wprowadzać wysokiej jakości wina. Te kategorie, niegdyś nieobecne w dyskontach, dzisiaj są podstawą naszej oferty – mówi Tomasz Suchański, dyrektor generalny Biedronki, której przychody zbliżają się już do 30 mld zł rocznie, a Jeronimo Martins chce za dwa lata otworzyć trzytysięczny sklep. W najnowszej edycji na naszej liście zadebiutowała wreszcie druga wielka sieć dyskontów, czyli Lidl. Na razie zajmuje miejsce 20, ale też szybko rośnie. Pod koniec roku chce otworzyć pięćsetny sklep.

Stopniowa prywatyzacja i wzrost sektora usług kosztem przemysłu doprowadziły do dramatycznego osłabienia związków zawodowych. Zawsze były silne w wielkich, państwowych przedsiębiorstwach przemysłowych i wciąż mają mocną pozycję w spółkach kontrolowanych przez Skarb Państwa. Jednak w nowych branżach ich pozycja jest nieporównanie gorsza. W 1993 r. według badań CBOS tylko jedna czwarta Polaków przyznawała, że w ich firmie nie działa żaden związek zawodowy. Teraz o takiej sytuacji mówi aż 56 proc. pytanych przez ten sam instytut badania opinii. Mniej niż 20 proc. Polaków pracuje w miejscu, gdzie funkcjonują przynajmniej dwie organizacje związkowe. Im bardziej słabły związki, tym więcej pojawiało się nowych form zatrudnienia, nazwanych w końcu umowami śmieciowymi. W bardzo wielu branżach rozpowszechniły się kiedyś rzadko stosowane kontrakty o dzieło i umowy zlecenia. Związki próbują z nimi walczyć, ale nie mają odpowiedniej siły nacisku ani wystarczającego społecznego poparcia.

Smaczne sukcesy

Na pieńku związki mają też z handlowymi gigantami, oskarżając ich o notoryczne naruszanie prawa pracy. Jednak apele o bojkot różnych sklepów i nierobienie w nich zakupów nie przyniosły efektów. Na swoją obronę przedstawiciele Biedronki i innych sieci handlowych z obcym kapitałem często podkreślają, że większość sprzedawanych u nich produktów pochodzi z Polski. Nic dziwnego, że i w naszych zestawieniach widać wzrost znaczenia producentów żywności. – W ciągu minionych dwudziestu lat największy sukces odniosła właśnie branża spożywcza, a w ostatnim czasie stała się motorem polskiego eksportu. Sektorowi spożywczemu bardzo pomogły unijne dopłaty. Te pieniądze zostały mądrze wydane m.in. na wymianę maszyn i stopniowo powstawały naprawdę prężnie dziś działające zakłady rolno-spożywcze – mówi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Nasi producenci żywności nie są gigantami, których można spotkać w czołówce rankingu. Branża spożywcza nadal jest rozproszona, ale jej rozwój przez lata pozostawał stabilny. Często zaczynali jako działające na lokalną skalę małe przedsiębiorstwa. Np. Mlekpol z Grajewa w 2000 r. był na 245 miejscu, a od trzech lat jest w pierwszej setce. Grupa Mlekovita z Wysokiego Mazowieckiego przeszła podobną drogę. Wśród stu największych polskich firm są dziś także Maspex z Wadowic, dużo inwestujący w innych krajach naszego regionu, i Grupa Sokołów.

 

Inwestycje lepsze i gorsze

Lista 500 pozwala również śledzić losy Polski jako miejsca inwestycji zagranicznych, o które przez ostatnie dwadzieścia lat, chociaż z różnymi efektami, tak bardzo zabiegaliśmy, oferując koncernom ulgi podatkowe i godząc się na znacznie bardziej elastyczne warunki zatrudnienia. Sukces odnieśliśmy na pewno w branży elektroniki użytkowej i AGD, bo Polska stała się zagłębiem produkcyjnym tego typu urządzeń. – Decyduje o tym kilka elementów – dobre położenie geograficzne, niższe koszty pracy niż w innych krajach Unii Europejskiej oraz przychylne nastawienie polityków czy władz lokalnych. Za przenoszeniem produkcji do Polski przemawia także duża liczba dobrze wykształconych i wyszkolonych pracowników – mówi Piotr Stelmachów, szef sprzedaży AGD w Samsung Electronics Polska, który zatrudnia u nas ponad 5 tys. osób, ma trzy biura badawczo-rozwojowe i fabrykę we Wronkach. Samsung pojawił się na liście POLITYKI w 2001 r. na 247 miejscu, w 2007 r. wszedł do pierwszej setki, a teraz jest wśród trzydziestu największych polskich przedsiębiorstw.

Od wielu lat znaczne przychody mają również dwie firmy należące do koncernu LG Electronics – w Mławie i pod Wrocławiem, a także spółka-córka Boscha i Siemensa BSH z fabrykami w Łodzi. Sprzęt oświetleniowy produkuje u nas Philips Lighting lokujący się zazwyczaj w okolicach 50 miejsca Pięćsetki. Jednak nie powinniśmy popadać w samozadowolenie. – To prawda, że produkujemy i eksportujemy sporo sprzętu AGD. Niestety, nie jest to powiązane z rozwojem polskich marek, a tylko z dużą dysproporcją w wynagrodzeniach pomiędzy Polską a krajami, w których zagraniczne koncerny wcześniej miały zakłady produkcyjne – zwraca uwagę Andrzej Arendarski.

Mniejsze sukcesy odnotował nasz kraj w ściąganiu do siebie przemysłu motoryzacyjnego. Poza tyskim Fiatem, który tradycyjnie jest w pierwszej dziesiątce Listy 500 lub w jej okolicach, jeszcze tylko Opel i Volkswagen traktują Polskę jako ważne miejsce produkcji. Opel swoich wyników podawać nie chce. Volkswagen Poznań zazwyczaj lokuje się w drugiej dziesiątce zestawienia, a Volkswagen Motor Polska z siedzibą w Polkowicach – w połowie pierwszej setki. Polska wypada blado zwłaszcza w porównaniu z sąsiadami, ale i rywalami z Grupy Wyszehradzkiej. Czechy mają Skodę, a Słowacja to prawdziwa potęga samochodowa za sprawą takich koncernów, jak Volkswagen, Kia/Hyundai i Peugeot/Citroën.

Jednak, mimo że w tej branży zagraniczne inwestycje są poniżej oczekiwań, to bez nich w ogóle przestalibyśmy się liczyć. – Przemysł motoryzacyjny w Polsce przegrał konkurencję z zagranicznymi koncernami i praktycznie upadł. Nie ma żadnej masowo produkowanej rodzimej marki pojazdów osobowych. Dawna fabryka FSO została definitywnie zamknięta, a jej pracownicy zwolnieni – przypomina Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

A przecież w pierwszych edycjach Listy 500 żerańska FSO była w czołówce – najpierw samodzielnie (w 1993 r. na 19 miejscu), a potem jako część koncernu Daewoo. Kilka razy firma pod nazwą Daewoo-FSO Motor weszła nawet do pierwszej dziesiątki rankingu POLITYKI. Potem było już znacznie gorzej, a po upadku warszawskiego producenta możemy regularnie emocjonować się plotkami o wejściu kolejnego inwestora, który zacznie montować w stolicy samochody. Na razie na plotkach się kończy.

Na szczęście lepiej wiedzie się nam jako dostawcom różnych części do samochodów i ich wyposażenia. Zwłaszcza dzięki eksportowi do Niemiec powstało wiele wyspecjalizowanych, wydajnych firm, często za małych, aby walczyć o miejsce w Pięćsetce, ale dobrze prosperujących i cenionych przez zachodnich partnerów. Jako poddostawcy nie są oni zbyt znani w Polsce, ale zwłaszcza w okresie spowolnienia gospodarczego ratują wiele miejsc pracy dzięki kontaktom handlowym z zagranicą.

Czekając na nowe

Problem mamy na pewno z budowaniem nowoczesnej, opartej na wiedzy gospodarki, która zapewni Polsce wzrost także wtedy, gdy skończy się budowa dróg i oczyszczalni ścieków, a koszty pracy wzrosną na tyle, że nie będziemy już w stanie konkurować z Zachodem tylko tanią siłą roboczą. Gdzie są nowe, innowacyjne polskie przedsiębiorstwa, często określane jako odpowiedniki fińskiej Nokii, która stała się (na przełomie tysiącleci) symbolem niebywałego sukcesu tego niegdyś bardzo biednego i zacofanego kraju? Polska ma jedne z najniższych w Unii, w relacji do PKB, wydatki na badania oraz rozwój i tę przykrą tendencję widać również na naszej liście. Największa polska firma IT, Asseco, jest dopiero w czwartej dziesiątce, choć i tak zanotowała ogromny awans w ostatnich latach po przejęciu Prokomu. Polska branża IT uchodzi za bardzo innowacyjną, ale pełno w niej małych firm, które nie są w stanie popchnąć do przodu gospodarki, tak jak niegdyś uczynił to fiński gigant.

Asseco przejmuje zagranicznych konkurentów, funkcjonuje i skutecznie konkuruje z rywalami na terenie Europy – podkreśla jednak Andrzej Malinowski. – W branży informatycznej dynamicznie rozwijają się też takie firmy, jak Sygnity, Comarch i wiele mniejszych. Dziedziną, w której wyrobiliśmy sobie świetną markę na świecie, jest produkcja gier wideo. Wystarczy wspomnieć chociażby firmę CD Projekt Red z jej sztandarowym produktem „Wiedźmin” czy City Interactive i serię gier „Snajper”.

Z dumą mówimy także o sukcesach eksportowych Solarisa, producenta autobusów, trolejbusów, a od niedawna również tramwajów. W ostatnich latach dołączyła do niego bydgoska Pesa, dostarczająca tabor szynowy, która będzie realizować ogromny kontrakt dla kolei niemieckich. Tym firmom daleko do największych, bo pod względem przychodów są bliżej końca drugiej setki. Jednak rozwijają się praktycznie od zera, mozolnie zdobywając kontrakty, nowe rynki zbytu i projektując samemu kolejne, coraz lepsze pojazdy.

Pięćsetki pokazują, że budowa nowoczesnej gospodarki to zadanie nie na dwadzieścia lat, ale na znacznie dłuższy okres. Od początku lat 90. polskim firmom udało się osiągnąć mniej, niż marzyliśmy, ale postęp i tak jest widoczny. Gdy POLITYKA publikowała pierwszą listę, królowały na niej kopalnie, huty i ciężka chemia, w czołowej dwudziestce były zaledwie dwie firmy prywatne, a 1/5 przedsiębiorstw z pierwszej setki przynosiła straty. Na tegorocznej liście takich mamy tylko pięć. To też miara postępu, pewnie ułomna, ale ważna.